Wśród rolników w Łódzkiem panuje pesymizm, wielu chce zerwać z hodowlą trzody…

Z  Andrzejem Górczyńskim, prezesem Izby Rolniczej Województwa Łódzkiego

rozmawia Marcin Darda

górczy-ski

FOT. GRZEGORZ GAŁASIŃSKI

 

Marcin Darda: Rosyjskie embargo na polskie mięso już obowiązuje, za kilka dni wejdzie na  przetwory mięsne. Minister rolnictwa powiada, by nie panikować, a co Pan myśli?

Prezes IRWŁ Andrzej Górczyński: Na razie od strony rosyjskiej nie ma oficjalnej informacji w sprawie embarga na wieprzowinę, ale cała Unia Europejska ma z tym problem. Jeśli chodzi o wyroby przetworzone, to jakoś ta sprzedaż się odbywa.

Ale się nie będzie odbywać, jeśli embargo wejdzie. Musicie przecież brać pod uwagę taki scenariusz.

Rynek rosyjski nie jest jedynym rynkiem, który kupował u nas wieprzowinę.

Zgoda. Ale wieprzowiny od nas nie kupują już także Chiny, Japonia i Korea Płd., tym razem z powodu  wirusa afrykańskiego pomoru świń.

Jest w ogóle problem paniki nawet w przypadku innych produktów, bo padają pytania, czy te produkty pochodzą z terenu, gdzie ten wirus występuje. Trzeba użyć wszelkich sposobów, by wytłumaczyć, że te zwierzęta nie są nim zakażone i zwyczajnie tę wieprzowinę konsumować.

Ale spora część producentów i hodowców z województwa będzie miała problem, jak to embargo wejdzie.

U nas w Polsce jest tak, że jeśli się coś wydarzy w branży, to zaraz wykorzystują to punkty  skupowe i zakłady przetwórstwa, które obniżają ceny skupu. Dla rolników, którzy tę trzodę żywią, a potem sprzedają, to jest potężny problem. To jest także problem psychologiczny, bo gdy się z rolnikami rozmawia, to często słychać, że wielu z nich zastanawia się nad rezygnacją z hodowli żywca wieprzowego, tym bardziej że w Polsce o wielu rzeczach decyduje weterynaria. Jest tu panem i Bogiem, a strefę buforową przy takich wirusach, jak ten wykryty w Polsce, w Unii Europejskiej  ustala się poprzez głosowanie, co jest bardzo zaskakujące.

Jak rolnicy odbiją sobie te straty?

Komisja Europejska na podstawie dokumentów, w których rolnicy określą poziom swoich strat, powinna im te straty zrefundować, tak jak to było w przypadku innych wirusów czy chorób, które dotyczyły wcześniej choćby upraw warzywnych. Unia swą wschodnią granicę traktuje po macoszemu, jakby jej to nie interesowało. A przecież rolnicy  mają liczne zobowiązania kredytowe i inwestycyjne, bo podejmując dotacje z programów Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, czyli pieniądze europejskie, zobowiązywali się do tego, że będą hodować trzodę chlewną, a teraz nie mogą tego robić. Unia powinna im te straty wyrównać.

(Wywiad został opublikowany 4 kwietnia 2014r.  w Dzienniku Łódzkim nr 79)

dzienniklodzki